Gdy na początku roku chińskie władze brutalnie stłumiły zamieszki w Tybecie, na nowo odżyła dyskusja na temat bojkotu igrzysk olimpijskich i słuszności przyznania organizacji tej imprezy azjatyckiemu gigantowi. Potrwała krótko, szybko się zakończyła. I choć w miarę zbliżania się daty rozpoczęcia zawodów temat przestrzegania praw człowieka znów stał się głośny, wielkich (a być może i żadnych) aktów sprzeciwu podczas pekińskich zawodów spodziewać się nie należy. Sportowcy wiedzą, że ich "nie" może oznaczać zdecydowaną reakcję ze strony MKOl - łącznie z dyskwalifikacją. Kto zaryzykuje?
Gdy Chiny otrzymały organizację igrzysk, obiecały zdecydowaną poprawę w dziedzinie przestrzegania praw człowieka. Jak się z niej wywiązały, każdy może odpowiedzieć sam. Władze w Pekinie nie zawracają sobie głowy krytyką, obwieszczając, że olimpiada to wydarzenie sportowe, nie zaś polityczne - wewnętrzne sprawy Chin nie powinny nikogo obchodzić. MKOl, wielu przywódców państw czy też sponsorzy igrzysk podzielili te poglądy. George W. Bush poprosił nawet chińskiego prezydenta Hu Jintao o bilety na mecz koszykówki USA - Chiny, drużynę gospodarzy komplementując mianem "potężnej". Sportowcy wiedzą, że jakiekolwiek formy demonstrowania poglądów "niepoprawnych" mogą oznaczać koniec ich przygody z zawodami, a co za tym idzie - zaprzepaszczenie lat przygotowań, poświęceń i ciężkich treningów. Olimpijska karta zawiera zakaz "jakiejkolwiek demonstracji politycznej i religijnej na obiektach olimpijskich", co oznacza, że jego złamanie (np. poprzez założenie koszulki z napisem "Wolny Tybet") zapewne zostanie ukarane z całą stanowczością. MKOl zrobił wszystko, by zamknąć zawodnikom usta i trudno się spodziewać, by ktoś odważył się potężnej organizacji przeciwstawić. Z drugiej strony nie można od sportowców wymagać, by sami wyszli przed szereg; podejmowane próby wymuszania na nich sprzeciwu były skandaliczne. Niedawno przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering wezwał uczestników igrzysk do protestów przeciwko łamaniu praw człowieka w Tybecie. - Chciałbym zachęcić wszystkich sportsmenów i sportsmenki, aby dokładniej się przyjrzeli, zamiast odwracać wzrok - zaapelował. I co? I pewnie ma czyste sumienie, a przecież nie o to chodzi. Obłuda polityków, zrzucających odpowiedzialność na innych zamiast samemu zająć mocne stanowisko, jest żałosna.
Gdy sztafeta z ogniem olimpijskim wędrowała przez świat, w wielu miejscach napotykała ogromne demonstracje przeciwników łamania praw człowieka. Niekiedy wydarzenia wyglądały dramatycznie, ogień nawet zgasł. W Pekinie zapewne nic takiego się nie wydarzy. Ulice patrolują dziesiątki tysięcy policjantów, żołnierzy i tajnych agentów dbających o to, by nic kontrowersyjnego przyjezdni nie zobaczyli, a kontakty między gospodarzami a gośćmi ograniczyły się do minimum. Pod koniec lipca okazało się, że chińskie władze ograniczyły dostęp do internetu 20 tysiącom dziennikarzy obsługującym zawody. Potem co prawda blokadę uchyliły, ale tylko w części - na wiele stron, szczególnie o "drażliwej" tematyce obrony godności człowieka, dostać się nie można. Znamienna była reakcja władz MKOl - najpierw obwieściły, że Pekin deklarował całkowitą swobodę w dostępie do internetu, potem, że nic takiego nie miało miejsca, by wreszcie wydać oświadczenie, że przedstawicieli mediów żadne blokady dotyczyć nie powinny.
Czy Chiny przed igrzyskami i po nich będą takie same? Wielu wierzy, że mimo wszystko ziarno wolności zasiane zostanie i oby się nie mylili.