Rozmowa z Natalią Partyką, reprezentantką Polski w tenisie stołowym
Dokonała Pani rzeczy niezwykłej i wyjątkowej - w jednym roku wystąpi Pani zarówno na olimpiadzie, jak i paraolimpiadzie. To pewnie spełnienie najskrytszych marzeń?
- Wyjazd na igrzyska zawsze był moim marzeniem, które teraz spełniło się w dużej mierze. Tylko i aż tak, bo bardzo chciałam zakwalifikować się do turnieju indywidualnego, co było moim celem i pragnieniem numer jeden. Nie udało się jednak, pozostają mi zmagania drużynowe, ale nie narzekam. Cieszę się i tego nie ukrywam, że wystąpię na obu tych wielkich imprezach, mam nadzieję być do nich jak najlepiej przygotowana, no i uzyskać satysfakcjonujący wynik.
Droga do realizacji marzeń zazwyczaj bywa bardzo długa, często kręta i wyboista, jak było w Pani przypadku?
- Była długa, bo tak naprawdę na podobny sukces pracuje się od początku kariery. Gdy człowiek bardzo mocno się stara, trenuje w pocie czoła i z wielką wiarą, że może coś zdobyć - często swój cel osiąga. Ja od zawsze marzyłam o występie na igrzyskach, teraz dopięłam swego. Nie znaczy to jednak, że od tego momentu będzie łatwiej, z górki. Przeciwnie. Mam swoje ambicje, ale jednocześnie dobrze wiem, że będę musiała dać z siebie jeszcze więcej. Na Pekinie świat się nie kończy, ja jestem u progu kariery, liczę na to, że przede mną jeszcze niejedne igrzyska. Na razie oczywiście skupiam się na tych najbliższych.
Ma Pani świadomość, że w stolicy Chin, i to niezależnie od wyniku, zapisze się Pani na stałe w historii polskiego sportu?
- Cieszę się, że zagram na dwojgu igrzyskach. Na paraolimpiadzie będę jedną z głównych faworytek do złotego medalu, na olimpiadę jadę po doświadczenie, które ma zaprocentować w przyszłości. Oczywiście chciałabym jakoś zaznaczyć swoją obecność na tych zawodach. Sam udział, choć niewątpliwie będący czymś wspaniałym, nie daje mi poczucia spełnienia. Jak każdy sportowiec odczuwam satysfakcję i radość z występu na olimpiadzie, ale jak każdy mam nadzieję zapisać się w kronikach nie tylko samym udziałem.
Także w reprezentacji RPA wystąpi niepełnosprawna zawodniczka, pływaczka Natalie du Toit, która kilka lat temu straciła lewą nogę w wypadku samochodowym. Wychodzi na to, że Natalie to wyjątkowo dzielne dziewczyny.
- (śmiech) Czytałam o jej historii, fajnie, że będziemy we dwie. Pewnie nasz przykład pokazuje, że mimo wszystko i wbrew wszystkiemu człowiek nie do końca sprawny fizycznie jest w stanie pokonywać bariery i osiągać całkiem dobre rezultaty w rywalizacji ze sportowcami zdrowymi.
Jest Pani - tak po ludzku - dumna z siebie z tego powodu?
- Szczerze mówiąc, nie wiem. Mam nadzieję, że będę dumna za kilkanaście lat, kiedy wygram kilka poważniejszych imprez, osiągnę coś szczególnego. Dziś, owszem, mam na koncie trochę sukcesów, nawet sporych, ale osiąganych w młodszych kategoriach. W najbliższej przyszłości okaże się, czy będę potrafiła płynnie przejść z wieku juniorki do seniorki, czy zadomowię się w światowej czołówce, co jest moim marzeniem. Gdy porozmawiamy za 10 lat, będę mogła z czystym sumieniem powiedzieć, czy jestem ze swoich sportowych osiągnięć dumna. Na razie wszystko idzie w dobrą stronę, krok po kroku realizuję swoje cele, a mam ich naprawdę dużo. Podążam do nich cierpliwie.
Wszyscy trenerzy, którzy mieli okazję z Panią pracować, podkreślali, że jest Pani niezwykle pracowitą i bardzo dużo od siebie wymagającą osobą, czasami nawet aż nadto.
- A czy jest inna droga do sukcesu? Skoro mam jakieś ambicje i pragnienia, to nie mogę oszukiwać, dążąc do nich. Nie traktuję siebie jako osoby niepełnosprawnej, nie usprawiedliwiam się, mówiąc, że nie mam ręki, zatem muszę stosować wobec siebie taryfę ulgową. Mam świadomość, że z tego powodu pewnych rzeczy nie przeskoczę, nigdy w życiu na przykład nie stanę na rękach, ale to nie jest znowu aż tak istotne. Cały czas daję z siebie sto procent, bo to jest jedyna droga, jaką mogę podążać. Lubię dużo pracować, bo wiem, że kiedyś to zaprocentuje. Nie narzekam, nie rozczulam się nad sobą, znoszę takie same obciążenia treningowe jak inni. I traktuję to jako coś oczywistego, naturalnego. Nie ma sensu zabierać się za coś, jeśli człowiek nie ma ochoty robić tego dobrze. Praca na pół gwizdka jest nielogiczna. Na każdych zajęciach pracuję na swoją przyszłość, lepsze jutro. Staram się dążyć do tego, by na każdych zawodach być w jak najwyższej dyspozycji. Jeśli tak jest, do tego mam spokojną, poukładaną głowę, mogę walczyć o dobry wynik.
Co było przełomem, chwilą, kiedy przekonała się Pani, że tenis stołowy może być Pani sposobem na życie, realizacją siebie?
- Podobał mi się już wcześniej, ale przełomem, który pozwolił mi uwierzyć w siebie i przekonać się, że mogę wygrywać z najlepszymi, były mistrzostwa Europy kadetów w 2004 roku. Na tych zawodach zdobyłam złoty medal w singlu, co było momentem zwrotnym i jednocześnie początkiem bardzo dobrej passy, której ukoronowaniem było złoto paraolimpiady. Od tego czasu rozwijam się, idę do przodu, dostrzegam postęp i o to chyba chodzi. Wiem, że gdy jestem świetnie przygotowana i w optymalnej dyspozycji, mogę walczyć ze wszystkimi.
Przygodę z tą dyscypliną rozpoczęła Pani dzięki siostrze.
- Zgadza się, siostra była pierwsza. Ja często chodziłam przyglądać się zajęciom i w pewnym momencie jej trener powiedział do mnie, że jak jeszcze troszkę urosnę, to mogę spróbować swoich sił. Tak też zrobiłam, szybko, instynktownie nauczyłam się podrzucać piłeczkę chorą ręką i od tej pory wszystko potoczyło się błyskawicznie. Od samego początku grałam z osobami zdrowymi, niektóre rywalki chyba nawet nie za bardzo wiedziały, jak grać z dziewczyną bez ręki, być może po prostu czuły się nieswojo, walcząc z nią na sto procent. Szybko jednak okazywało się, że tak łatwo ze mną nie da się wygrać. A tenis przypadł mi do gustu, bo urzekła mnie jego dynamika, nieprzewidywalność. Dopóki sędzia nie przerzuci jedenastego punktu na tablicy, wszystko może się zdarzyć, z każdego wyniku można jeszcze coś ugrać i przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Po czym można poznać dobrego pingpongistę?
- Tak jak w każdej dyscyplinie przydaje się odrobina talentu, ale do wszystkiego dochodzi się pracą. Po drodze są oczywiście wyrzeczenia, poświęcenia, ta cena nie może jednak przerażać. Jeśli tak jest - nie można marzyć o sukcesie. Na pewnym poziomie, mistrzostw świata czy Europy, wszyscy zawodnicy prezentują już mniej więcej podobne umiejętności, wygrywają ci, którzy mają najmocniejszą głowę, są najlepiej przygotowani psychicznie. Bez odpowiedniego nastawienia mentalnego nie ma po co nawet podchodzić do stołu, bo jest się na straconej pozycji. Ważną rolę odgrywają zatem spokój, opanowanie, wiara w siebie i pewność tego, co się robi.
Jaki styl gry najbardziej Pani odpowiada?
- Zdecydowanie ofensywny. Od początku dążę do ataku, chcę narzucić swoje warunki gry i to jest chyba moja najmocniejsza strona. Pewnie, czasami nie jestem w stanie tego zrobić, muszę ustalać inną taktykę, ale zazwyczaj staram się grać tak, jak lubię. Poza tym jestem typem zawodniczki zawsze walczącej do końca, nie potrafię odpuścić, poddać się. Przez to wiele gier, na pozór już przegranych, rozstrzygnęłam na swoją korzyść.
Taktyka jest zawsze ustalana pod konkretną rywalkę?
- Jak najbardziej. Jeżdżę na duże turnieje już od kilku lat, większość zawodniczek dobrze znam, poza tym mam dość pokaźną kolekcję kaset wideo z nagranymi swoimi występami i jak tylko spotykam się z daną rywalką - zawsze wcześniej oglądam ostatni pojedynek z nią. Dzięki temu wiem, jak gra, jakie ma silniejsze i słabsze strony, jaką nadaje piłeczce rotację itd. Taktyka jest ważna, bardzo ważna, ale potem trzeba na spokojnie poukładać ją sobie w głowie, by zagrać dokładnie tak, jak się ustaliło. A to jest sztuka.
Olimpiada, potem paraolimpiada - czuje się Pani troszeczkę ambasadorem sportowców niepełnosprawnych w świecie sportu osób zdrowych?
- Przyznam szczerze, że poniekąd tak. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja osoba może pomóc wielu innym niepełnosprawnym uwierzyć mocniej w siebie, być może nawet zachęcić je do uprawiania sportu. Ja gram i walczę głównie z rywalkami zdrowymi, zawodowcami, ale staram się jak najczęściej występować i w zawodach dla niepełnosprawnych. Czuję ogromną i wyjątkową więź z tym środowiskiem, pewne zobowiązanie wobec niego. Zbyt wiele mnie z nim wiąże, zbyt wiele mu zawdzięczam.
W Polsce jeszcze niedawno sport niepełnosprawnych traktowany był po macoszemu, bez należytej uwagi, a pewnie i szacunku. To się zmienia?
- Zmienia, bardzo powoli, ale małymi kroczkami idzie w dobrym kierunku. Pewnie potrzeba sporo czasu, by sportowcy niepełnosprawni byli traktowani tak samo jak zdrowi, ale wierzę, że kiedyś to nastąpi. Bo tak naprawdę co ich różni? Wszyscy muszą tak samo mocno trenować, poświęcać się, wyrzekać swego prywatnego życia. A że ze względu na gorszą koordynację ruchową osiągają słabsze wyniki, biegną troszeczkę wolniej? Czy z tego powodu powinni być gorzej traktowani? Nie! Przecież mamy tylu wspaniałych niepełnosprawnych sportowców, medalistów olimpijskich, mistrzostw świata. Tak z ręką na sercu - ilu z nich jest powszechnie znanych? A powinni być, bo na to zasługują.
Czego zatem życzyć przed olimpiadą - dwiema olimpiadami?
- Marzenie to oczywiście medal i pod tym względem nie różnię się od tysięcy osób, które przyjadą do Pekinu. Na olimpiadzie będzie o to niezwykle ciężko, ale do odważnych świat należy. Przy optymalnej dyspozycji każdej z nas możemy sprawić jakąś miłą niespodziankę, a już na pewno awansować do czołowej ósemki. No a na paraolimpiadzie będę próbowała obronić złoto wywalczone cztery lata temu w Atenach, ale wiem, że nie będzie to takie łatwe.
Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!
Olimpiada to także przełamywanie granic, barier, które - wydawać by się mogło - są nie do przejścia. To triumf charakteru, waleczności, rozumianej przez pokonywanie samego siebie, swoich słabości i niedoskonałości. W tej sytuacji hart ducha Natalii Partyki i Natalie du Toit, pływaczki z RPA, zasługuje na szczególne uznanie i podkreślenie. 19-letnia Partyka jest jedną z największych nadziei polskiego tenisa stołowego. Mimo iż urodziła się bez wykształconego przedramienia prawej ręki, rywalizuje jak równa z osobami zdrowymi, reprezentuje nasz kraj i dokonała niemożliwego - w tym roku wystąpi zarówno na olimpiadzie, jak i paraolimpiadzie w Pekinie. Już jako 11-latka wzięła udział w paraolimpiadzie w Sydney, cztery lata później w Atenach nie dała rywalkom szans, wygrywając wszystkie mecze bez straty seta. W 2004 r. zdobyła również mistrzostwo Europy kadetek, i to w zawodach pełnosprawnych, od tego momentu jej kariera nieustannie się rozwija. Podobnym szlakiem podąża du Toit. W 2001 r. straciła lewą nogę w wypadku drogowym, ale się nie poddała. Podczas ateńskich igrzysk paraolimpijskich w 2004 r. zdobyła pięć złotych i jeden srebrny medal, ale to nie był kres jej ambicji. Chciała rywalizować ze zdrowymi i w maju, zajmując czwarte miejsce w mistrzostwach świata w pływaniu na wodach otwartych w Sewilli, zapewniła sobie paszport do Pekinu. - Natalie otwiera historię, stając się pierwszym sportowcem, który wystąpi w dwóch igrzyskach olimpijskich. I to już jest jej fenomenalny triumf, jesteśmy z niej dumni - powiedział szef Konfederacji Sportu i Komitetu Olimpijskiego RPA Moss Mashishi. My wiemy, iż się mylił. W olimpiadzie i paraolimpiadzie wystąpią dwie wspaniałe sportsmenki, a my możemy być dumni z naszej Natalii.